Skip to content

Przez lata pracowałaś jako dziennikarka m.in. w „Przekroju”. Zajęłaś się jednak projektowaniem mody i to jest twoje główne zajęcie i pasja. Co spowodowało taką zmianę?

Najprościej rzecz ujmując, to podążanie za uszczęśliwianiem siebie, za robieniem tego, co się najbardziej kocha, i co daje największą satysfakcję. Przyznam, że nie było mi łatwo odejść od dziennikarstwa, bo coś tu już umiałam, miałam jakiś prestiż – pracowałam w „Gazecie Krakowskiej”- dużym dzienniku, potem w „Przekroju” – tygodniku o światowej renomie i byłam też poniekąd wykształcona w tym kierunku; skończyłam polonistykę na Uniwersytecie Jagielloński. Ale ta zmiana nie przyszła nagle.

Od dziecka lubiłam różne zajęcia manualne: rysowanie, malowanie, robienie na drutach, haftowanie ,szycie i  najważniejsze – wymyślanie ubiorów dla lalek. Potem w liceum, na studiach i „na boku” pracy dziennikarskiej zawsze tworzyłam kreacje dla siebie, albo koleżanek. Nawet było tego bardzo dużo ( śmiech). Wielu z tych kreacji nie pamiętam i jest mi bardzo miło jak teraz, np. na FB, czy Instagramie, ktoś mi przypomina, że ma ode mnie sukienkę, bluzkę albo żakiet. Jak patrzę z dzisiejszej perspektywy, w podjęciu ostatecznej decyzji, co chcę robić w życiu, pomogło mi macierzyństwo, urodzenie dwóch córek. Miałam teraz już swoje żywe laleczki, które mogłam ubierać do woli (śmiech). A że były to (i są) urodziwe dziewczynki, które „umiały nosić”  moje ubiory, a te ubiory miały to „coś”, co się wyróżniało, szybko pojawił się popyt wśród koleżanek i ich mam; mogłam otworzyć pracownię.

Nie byłam jednak do końca zdecydowana, więc poszłam się jeszcze ostatecznie sprawdzić dziennikarsko, w sensie czy chcę, w TVN -e, w „Rozmowach w Toku” Ewy Drzyzgi. Z moją artystyczną osobowością wytrzymałam w tej korporacji pół roku (śmiech). Kochałam tzw. robotę dziennikarską, ale opuszczając stację, poczułam ogromną ulgę.

 

Od razu zadzwoniłam do administratorki upatrzonej kamienicy w centru Krakowa i wynajęłam lokal na moje pierwsze „atelier”. Malutką pracownię malarską, na poddaszu. W tej kamienicy, na pierwszym piętrze był do wynajęcia również lokal ogromny, ale ja się bałam, że jestem taka „golutka” z samym tylko talentem, niewielkim portfolio i to głównie z ubiorami dla dzieci, że nie dam rady utrzymać się na rynku.I „weszłam w ten stryszek” Jakimś nadludzkim wysiłkiem woli udało mi się w tym metrażu zrobić dwa dość duże projekty: kolekcję bajkowych strojów dziecięcych, które są w tej chwili do obejrzenia na mojej stronie lucylinecouture.com oraz kostiumy do spektaklu „Don Kichote” dla teatru KTO, aż w końcu powiedziałam sobie: Dość!

Przecież w skrytości ducha, marzyłam o tworzeniu wielkich kreacji w duchu haute couture, które potrzebują przestrzeni! I tak naprawdę tylko to marzenie pozwoliło mi rzucić zawód, w którym byłam już solidnie osadzona. Oprócz marzenia nie miałam jednak konkretu w postaci zamówienia, co sfinansowałoby utrzymanie dużego atelier. Postanowiłam jednak zaryzykować (Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!) Przeniosłam się do tego większego lokalu. W jednej części urządziłam pracownię, w drugiej mieszkanie. I kiedy podjęłam taką mocną decyzję w sobie, zdarzył się prawdziwy cud.

Opowiem Ci tę historię, bo to jest niesamowite, jak jesteśmy wspierani  i prowadzone przez tajemnicze siły, kiedy wiemy czego chcemy. Wyprowadzałam się z poprzedniego mieszkania i kiedy wsiadłam do samochodu aby odwieźć właścicielowi klucze, nagle przypomniałam sobie, że nie zamknęłam okna. Wjechałam więc pospiesznie windą na dwunaste piętro wieżowca, wpadam do mieszkania, a tu, wówczas jeszcze telefon stacjonarny, dzwoni jak zwariowany. Chociaż nie miałam ochoty odbierać, coś mi wewnętrznie kazało to zrobić. Telefon był od osoby, która dzwoniła z polecenia i szukała mnie od dłuższego czasu. Powiedziano jej, że „ w Polsce, tylko ja” potrafię zrealizować jej marzenie o sukni ślubnej. I była to suknia w stylu haute couture właśnie, z jedwabiu i muślinu „otulona” 1001 ręcznie przeze mnie robionymi kwiatami. Ta suknia dała mi duży rozgłos… I popatrz jak w sposób dosłowny zmaterializowała się mądrość: „kiedy zamykają się drzwi, otwierają się okna”.

 

 

Projektujesz suknie i ubrania dla kobiet. Jaka jest kobieta – odbiorczyni twoich projektów?

Specjalizuję się w projektach personalizowanych, tworzonych na miarę i bardzo sobie cenię kobiety zdecydowane, które wiedzą czego chcą, bo zwyczajnie ułatwia mi to pracę. Ale dość dobrze radzę sobie również z tymi niezdecydowanymi i tu na pewno przydają się moje umiejętności dziennikarskie takie jak słuchanie, wydobywanie informacji o klientce „spomiędzy wierszy” , które potem pozwolą mi stworzyć kreację, w której będzie szczęśliwa. Moja praca, w ogromnym stopniu ma charakter kreacyjny, przypomina tworzenie obrazu, dlatego też lubię kobiety, które maja do mnie zaufanie. No i chyba najważniejsze – którym nie jest obojętne gdzie się ubierają, które doceniają unikatowość ubioru, oryginalność i solidność a jednocześnie finezyjność mojego rzemiosła.

Świat LucyLine to świat bajecznie kolorowych sukni i unikatowych kobiecych strojów. Co cię inspiruje?

W sensie nowinek modowych od zawsze inspirował mnie „Vogue”. Od strony pomysłów i konstrukcji ubioru – dzieła wielkich krawców- artystów tzw. couturierów od Paula Poiret , twórcy Haute Couture, przez Coco Chanel, Christiana Diora aż po Aleksandra McQueena, którego uważam za geniusza mody i wielu innych, bardziej współczesnych. Podziwiam i bardzo mnie ostatnio inspirują Dolce@Gabbana, i to nie tyle jako kreatorzy mody, ale jako „modowi patrioci”, którzy pełną garścią czerpią pomysły z folkloru i kultury swojej ojczystej Sycylii. Po trosze na wzór D@G, aktualnie tworzę duży projekt artystyczny, w którym inspiracją jest Kraków z jego osobowościami i osobliwościami, zarówno historycznymi jak i współczesnymi. Zatytułowałam go :” Teatr mój widzę ogromny”, a tytuł, jak nietrudno się domyślić pożyczyłam od St.Wyspiańskiego, tyle, że ustawiłam nim moją własną perspektywę.

Chociaż sam Wyspiański jako inspiracja ze swoją osobą- niezwykłego krakowianina, dramaturga, malarza i twórcy witraży, odgrywa w nim znaczącą rolę. Pierwsze modele projektu, w wersji casualowej już są fotografowane, wersje bardziej kostiumowe jak ogromne suknie w stylu haute couture, dopiero powstają.

Podobno od dziecka wiedziałaś, że będziesz projektantką. Jako nastolatka oświadczyłaś, ze chcesz być jak Coco Chanel. Interesuje cię wyłącznie tzw. wysokie krawiectwa. Skąd to zainteresowanie, ta pasja?

Tak, rzeczywiście takie oświadczenie miało miejsce (śmiech). Wysokie krawiectwo to sztuka, podobna do rzeźby i malarstwa. Ja mogłam zaistnieć w krawiectwie tylko jako artystka, bo cała reszta krawiectwa mnie zwyczajnie nudzi. Dla mnie tworzenie ubioru jest jak tworzenie obrazu. A jeśli pytasz skąd u mnie ta pasja? Myślę, że w prostej linii z dziadka. Mój dziadek Michał Zienkiewicz miał coś takiego jak odwaga twórcza i radość tworzenia, co jest naczelną składową wysokiego krawiectwa. Dziadek był takim domorosłym artystą krawcem, który szył – tworzył!!! – niesamowicie odważne ubiory. Gdyby nie sytuacja geopolityczna, z powodzeniem mógłby być drugim McQeenem, przynajmniej dla mnie ( śmiech). Przez rodzinę uważany był za lekkiego szaleńca, więc szył wyłącznie dla siebie. Zresztą nikt przy zdrowych zmysłach, nie powierzyłby mu niczego do uszycia. Dziadek bowiem, w ferworze tworzenia, potrafił odpruć zamki od kozaków i przyszyć je do koszuli, jeśli mu się to komponowało.

Ja go uwielbiałam. Był też znakomitym bajarzem,  który wymyślał dla mnie bajki, również te wizualne czyli przymiarkami. Leżałam na łóżku zwiniętą w kłębuszek a on przed lustrem starej szafy urządzał prawdziwy spektakl: teatralnie przymierzał swoje ubiory i łypał na mnie okiem porozumiewawczo. Dziadek pochodził z Kresów Rzeczypospolitej i był repatriantem. Rodzina spieszyła na ostatni transport, kiedy w połowie drogi, dziadek podobno zawrócił po „singerkę” maszynę do szycia na korbkę i o mały włos się nie spóźnili.

Dziś, kiedy na tę tragiczno-komiczną sytuację patrzę, wiem, że po tę maszynę dziadek wrócił dla mnie. Po nim mam tę odwagę w tworzeniu. Pamietam jak byłam studentką, uszyłam sobie płaszcz w stylu dandy z dwoma ogromnymi pelerynami i po wykładzie szedł za mną jeden z profesorów, który widząc jak te peleryny rozkładają się na wietrze, powiedział: „Rozległe jak step!” I był w tym był duch mojego kresowego dziadka. Wysokie krawiectwo to z jednej strony „szaleństwo formy”, a z drugiej maestria rzemiosła. I tej maestri z kolei nauczyła mnie mama. Cierpliwości, staranności, finezji, technik ręcznego szycia i haftu. Mama sama niezwykle pięknie haftowała i szyła. Była w tym kierunku wykształcona, ale nie doceniała swoich umiejętności i poszła inną droga zawodową.

Twoje klientki to najczęściej artystki, aktorki?

Nie koniecznie. To prawda, że zawsze miałam i nadal mam szczególną nić porozumienia z artystkami, aktorkami, pisarkami, malarkami, dziennikarkami, bo one idealnie wpisują się w rodzaj ubiorów, które uwielbiam tworzyć. Potrafią je nosić i pokazywać. Spektrum moich klientów jest jednak większe. Tworzę przede wszystkim unikatowe suknie koktajlowe, balowe, wieczorowe, więc ubierają się u mnie maturzystki, panny młode, lekarki przedsiębiorczynie. To są na ogól kobiety, które szukają czegoś szczególnego, wyjątkowego, czego nie nosi każdy. Mówię o kobietach, ale zamawiają u mnie projekty również mężczyżni. Nie zapomnę jednego. To był amerykański konsul, który miał za sobą pracę dyrektora handlowego u Armaniego w Nowym Jorku. Kiedy odbierał od mnie specjalnie dla niego zaprojektowane i uszyte jedwabne kimono, dodał komplement, że wcześniej tej klasy rzeczy miał tylko od Armaniego.

Twoje kreacje są tworzone z rozmachem i pieczołowitością, ręcznie Nie używasz maszyn? Jakie techniki stosujesz?

Nie to nie jest tak, że nie używam maszyn do szycia. Nie pracuję w systemie przemysłowym, gdzie wszystko wykonują maszyny, taśmowo, w wielu egzemplarzach. Ale maszyny stosuję. Natomiast wykańczam i ozdabiam ubiory ręcznie, haftami, kwiatami koralami, szlachetnymi kamieniami. Maluję i fakturuję materiały. Przymierzam się też do nadruków i tworzenia własnych materiałów, z których powstaną, krótkie serie casualowych ubrań dla kobiet.

Oprócz ubrań kreujesz swój własny świat. Jaki on jest?

Coraz bardziej zrównoważony, spokojny i bezstresowy. Kreacja własnego świata to dla mnie temat rzeka w tej chwili. W tym celu założyłam blog rozwojowy i nazwałam go „Kreatorka” www. eu Nazwałam go tak nie dla tego, że jestem kreatorką mody, ale kreatorką życia. Świadomie je kreuję na własną miarę. Uświadamiam też moim czytelnikom, że każdy z nas jest kreatorem własnego życia i może je wykreować na własną miarę. Co więcej, uzmysławiam, że świadomej kreacji można się nauczyć, tak jak każdej innej umiejętności.  Trzeba się tylko trochę porozbierać z gorsetu ograniczających przekonań, traum, kodów i różnych schematów rodzinnych, społecznych i kulturowych. Śmieję się, że na „Kreatorce” to ja rozbieram, a nie ubieram.

Na blogu napisałaś, że tworzenie życia nie różni się niczym od tworzenia ubioru. Rozwiń, proszę, tą myśl.

Jeśli idzie o technikę i schemat to rzeczywiście niczym się nie różni. Projekt ubioru zaczynasz od ustaleń, najogólniej : jak ma wyglądać, z jakiego materiału ma być uszyty i jakie jest jego przeznaczenie. Potem „wizualizujesz” go w postaci rysunku i realnie tworzysz, uwzględniając poprawki, albo jakieś nowe pomysły potrzebne do całej kompozycji. Z projektowaniem życia na własną miarę jest podobnie. Trzeba zrobić jakieś ustalenia , jak ma wyglądać, co chcesz w nim robić, z kim chcesz być, no wszystko wszystko, co by się chciało aby w tym życiu zaistniało. Dobrze jest, żeby to „zwizualizować”, zrobić w głowie taki rysunek i poczuć jakby już się już spełniło. Oczywiście to jest tylko prosty schemat, bo tak jak wcześniej napisałam w życiu jest bardziej skomplikowanie, czasami nosimy tak ciasny gorset ograniczeń mentalnych i psychicznych, że ściąganie go to długoletni i nie łatwy proces. Ale, co najważniejsze: NIE NIEMOŻLIWY.